I Am Vampire...

Rozdział VII

poniedziałek, 27.lipica.2009, 18:47
Rozdział VII



Cóż, wreszcie skończyłam ten rozdział. Nie jest zbyt długi ani specjalnie ważny ale teraz w głowie mam też drugie opowiadanie które wkrótce zaczynam pisać. Nie wiem kiedy następny rozdział wiec nawet nie pytać.




Jedenasty dzień. Mój jedenasty dzień męczarni w tej komnacie. Była „moja”, jak to określił Oliver. Siedziałam tak samo na łóżku jak wtedy, kiedy tu weszłam. Trzymałam ręce na karku i lekko, rytmicznie się huśtałam w przód i tył. Nawet nie zaspokoiłam pragnienia, które sprawiało ból w moim gardle. Nie ten ból był najgorszy do zniesienia, najgorszy był ten jak wywołałam po odtrąceniu miłości Tom`a. Zrobiłam to dla niego, tym się ciągle usprawiedliwiałam, ale czułam, że to kłamstwo, że okłamuję samą siebie, bo moje wyrzuty sumienia nie znikały.
Już brakowało mi Tom`a. Brakowało mi także Caroline, jej momentami nawet bardziej. Więź między nami była.. wyjatkowa.Nawet jak wyjechała wtedy z domu, razem z Matt`em, było mi łatwiej- każdego dnia miałam nadzieję, że wróci następnego. Jak dzwonił telefon zawsze miałam taką małą prośbę żeby to była ona. Teraz zaczęłam wątpić że miałam ją zobaczyć. Że miała zadzwonić na telefon, którego tak naprawdę nie było. Tak praktycznie to nic teraz nie miałam.
To trudne do pojęcia jak człowiek w ciągu tylu lat może się przywiązać do drugiej osoby. Potrzebować jej tak samo jak powietrza. Nie móc wyobrazić sobie życia bez niej. Ciągle wspominać to, co było najlepsze, za każdym razem się uśmiechać. Jak codziennie myśli się o niej, chociaż przez kilka minut. Nie można sobie wyobrazić jak to boli, gdy ktoś, kogo kochasz wybiera inną osobę, tą „ważniejszą” i nie możesz już nic zrobić. Móc zrobić wszystko byle tylko znowu zobaczyć ten ciepły uśmiech. Ciągle myślałam o tym, co ona teraz czuje, co robi, czy ona myśli o mnie tak jak ja o niej, czy tęskni tak jak ja? To były pytania, na które miałam już nigdy nie poznać odpowiedzi.
Jeszcze trudniej zrozumieć jak tak bardzo można pokochać osobę z którą jest się tylko kilka miesięcy- miesięcy które dla mnie były za krókie, niczym minuty. Ale te „minuty” spędziłam z tą osobą- to się liczyło. Z Tom`em poczułam się w pełni spełniona i szczęśliwa. On mi dał to szczęście, dał mi miłość. A teraz miałam tu zostać na zawsze. Bez ciepła Tom`a, bez rozmów z Caroline.
Miałam już nigdy nie zobaczyć mojej rodziny, przyjaciół. A także wszystkich osób, które chociaż trochę lubiłam. Jak życie ich wszystkich potoczy się beze mnie? Może nic się nie zmieni? Może nadal będą wiedli beztroskie życie, w którym nie ma miejsca dla mnie? Może niektórzy nawet nie zauważą tego, że zniknełam i nie wiedzieli nawet, że miałam już nigdy nie wrócić. Co będzie z Christian`em? Jak bardzo będę za nim tęsknić?
Przed oczami przemijały mi wszystkie momenty, które głęboko wykułam w mojej pamięci, niektóre z nich były bardzo niewyraźne. Od weselszych do tych najsmutniejszych. Jak pierwszy raz rozmawiam z nowonarodzoną Caroline, mój pierwszy pocałunek z Tom`em, jak rodzice kupują mi jeep`a na moje wiecznie 18 urodziny, które w rzeczywistości były 147, jak tańczymy z Caro w pokoju z pomponami cheerlederek, jak gram z Scarlett i Daniel’em w futball amerykański, jak Tom codziennie rano do mnie dzwoni, jak jeżdżę w wózku na zakupy na parkingu, jak kupuje mi bukiet tulipanów z okazji miesiąca który spędziliśmy razem, jak uczę go tańczyć walca i tango, jak wysyłam liściki na lekcjach tuż przed nosem nauczycieli, jak pierwszy raz dowiaduję się o tym że Carolin wychodzi za mąż, jak Caroline wyjeżdża z Matthew,jak ojciec mnie bije, jak zabijam człowieka, Roberta, jak ranię Tom`a... Tyle ich było... Jak moje życie potoczy się dalej? Czy jeszcze kiedykolwiek będę.. szczęśliwa? Z rozmyślenia wyrwał mnie dźwięk pukania do drzwi. Nic nie odpowiedziałam. Do środka wszedł Oliver. Popatrzył na mnie, wyglądał na zmartwionego. Usiadł obok mnie na łóżku. Tępo patrzyłam się przed siebie jednak kontem oka zauważyłam że w ręce trzymał białe pudło.
-Dlaczego mi to zrobiłeś?- szepnęłam- Dlaczego zabrałeś mnie od osób które kocham?
Cisza.
-Pewnie potrwa trochę czasu zanim twoja rana się zabliźni i pokochasz mnie tak jak ja Ciebie. Nie będzie łatwo, ale z czasem się z tym pogodzisz...- odpowiedział jeszcze ciszej niż ja
-Nigdy Cię nie pokocham.
Znowu cisza.
-Przyniosłem ci sukienkę.. -zmienił temat- na dzisiejszą kolację. Miałem nadzieję że ci się spodoba.
Nie wiedziałam nawet nic o jakiejkolwiek kolacji. Zaciekawiło mnie co będziemy na niej jeść. Podał mi pudełko. Niechętnie je otworzyłam. Wyciągnęłam ze środka długą granatowa suknię na cieniutkich ramiączkach, z głębokim dekoltem. Była naprawdę piękna, Oliver miał rację że mi się spodoba. Od razu włożyłam ją z powrotem do pudełka.
-Nie chcę jej założyć.
Oliver wstał z łóżka i skierował się do wyjścia.
-Zawsze możesz chodzić nago- uśmiechnął się- co by było hmm… ciekawe. O szóstej.
Wyszedł i znowu zostawił mnie samą. Wszystko we mnie się gotowało, byłam bardzo zdenerwowana. Było kilka minut przed piątą. Moje sprzeciwy nie miałyby sensu. Poza tym nie chciałam abym to, co zrobiłam nie poszło na marne. Teraz Oliver był ze mną. Musiałam go pokochać, aby nikomu więcej nie stała się krzywda.
Żałowałam, że nie mogę teraz umrzeć. Zawsze mogłam „poprosić” kogoś z Wened’ów chociaż i tak pewnie by tego nie zrobili- zabiliby wszystkie ważne dla mnie osoby dopóki bym sobie nie odpuściła. Zaczęłam się szykować na kolację, którą mięliśmy spędzić tylko we dwoje. Obejrzałam się ostatni raz w lustrze. Nowa ja. Miałam wysoko spięte włosy w kok. Moja cera jak zawsze blada teraz wydawała się niemal przezroczysta.. Oczy pomalowałam delikatnie, chociaż efekt ostateczny był zniewalający. Sukienka pasowała idealnie. Założyłam do niej także długie, białe rękawiczki, które znalazłam w pudełku. Bałam się.

***

Pod salę zaprowadził mnie ten sam lokaj którego widziałam w pierwszym dniu. Weszłam do wielkiej sali, innej niż ta, którą poprzednio widziałam. Ta była bardziej elegancka, a zarazem przytulna, bo trochę mniejsza. W kominku palił się ogień, na stole po środku sali stał długi stół obłożony najróżniejszym jedzeniem, które było w pełni zbędne. Zauważyłam dwa krzesła po przeciwnych stronach stołu, na jednym z nich siedział już Oliver. Gdy tylko mnie zobaczył wstał i lekko się uśmiechnął. Wzięłam głęboki wdech. Podszedł wyjątkowo wolno, podał mi rękę, odprowadził w stronę stołu i odsunął krzesło. Usiadłam na nim. Od razu zauważyłam, że po mojej lewej stronie jest ogromny kielich pełen krwi. Ludzkiej krwi. Wzdrygnęłam się. Nie chciałam wracać do dawnego „jadłospisu”. Jak spojrzałam na Oliver`a ten nadal się uśmiechał. Za nim były wielkie i długie schody. Nie zawracałam sobie głowy tym gdzie prowadzą, nie obchodziło mnie to teraz. Nic mnie teraz nie obchodziło. Byłam jakby w transie. Usiadłam na ogromnym, ozdobnym krześle. Siedliśmy wpatrując się w siebie. Uznałam, że jest najprzystojniejszym wampirem, jakiego kiedykolwiek widziałam jednak to nie zmieniało tego co do niego czułam. Był ubrany oczywiście elegancko: garnitur, koszula z kołnierzem podniesionym do góry i krawat. Teraz wiedziałam, po co mi tak sukienka- żebym mogła pasować do niego. Nie wiem dlaczego ale byłam w lepszym nastroju niż poprzednio w moim pokoju, niemal się uśmiechałam. Uniósł swój kielich.
-Pewnie jesteś spragniona.-raczej stwierdził niż zapytał
-Nie będę tego piła-wskazałam głową na kielich.
Niewiadomo, kiedy znalazł się tuż nad moim uchem i szepnął:
-Wypij to. Poczujesz się lepiej.
Jego głos zaczął być dla mnie lekarstwem- znowu poczułam się lepiej. Chciał złożyć pocałunek na moich ustach, ale odwróciłam głowę w inną stronę.
-Nie.- powiedziałam cicho
Na kilka minut zapadła cisza. Oliver stanął wyprostowany i wydawało się jakby na coś czekał, na jakiś mój ruch. Nie wiedziałam czego chcę, przecież nadal kochałam Tom`a. Przymknęłam powieki, odwróciłam się w jego stronę i otworzyłam oczy. Patrzył na mnie tak jakbym była jakąś boginią lub cudem. Kolejne minuty. Wstałam naprzeciwko niego. Spojrzałam na niego unosząc głowę ku górze.
-Pocałuj mnie.-powiedziałam.
Od razu tego pożałowałam. Jego pierwszy pocałunek był niepewny, ale słodki. Oplotłam jego szyję moimi ramionami. Starałam się całować go tak jakbym go kochała, a przecież tak nie było. Jakby mi to sprawiało przyjemność. Cóż, sprawiało mi to przyjemność, pewien rodzaj rozkoszy, której jeszcze nie zaznałam. Czy tego chciałam? Wydawało mi się, że na pewno nie do tego dążyłam. Cały czas miałam otwarte oczy, w których stały łzy. Patrzyłam na ogień który płonął w kominku.
W końcu delikatnie się od niego oderwałam i wymusiłam uśmiech, który Oliver`owi wydał się wiarygodny-odwzajemnił go. Odwróciłam się by móc usiąść na krześle. Zrobił to samo. Znów na siebie patrzyliśmy. Ból jeszcze bardziej wzrósł, w okolicach mojego „serca” które przestało bić już wiele lat temu pojawiła się wielka bryła lodu, która przypominała mi o tym jak straszną jestem osobą. Oliver uniósł kielich ku górze co miało oznaczać że czas abyśmy się napili tego co znajdowało się w środku. Gdy on wziął łyk ja także. Przymknęłam oczy i znów poczułam zapach krwi. Znów poczułam jej smak. Następna zmiana która mi się nie podobała. Bardzo nie podobała.
Gdy już skończyliśmy kolację całując się udaliśmy się w górę schodów. Za dębowymi drzwiami była następna komnata, mniej więcej wielkości tej mojej tyle, że w tej było tylko wielkie łóżko i jeszcze większe okna które do środka wpuszczały promienie słońca które już zachodziło. Już wiedziałam, co ma się stać. Powoli zaczynałam się zatracać w Oliverze. Z coraz większą przyjemnością go całowałam. Gdy znaleźliśmy się na łóżku zaczęłam obluzowywać mu krawat. Na chwilę się od siebie oderwaliśmy, tak że stykaliśmy się nosami. Oliver delikatnie ściągnął rękawiczki, rozpiął zamek sukienki. Uśmiechnął się, ja chyba również. Już przestałam kontrolować to co się ze mną dzieje. Teraz byłam jego.

***

Leżałam na boku patrząc na wschodzące słońce. Słyszałam tylko śpiew ptaków i ciche oddechy Oliver`a. Po moich policzkach płynęły łzy, jednak on nawet tego nie zauważył bo leżał patrząc w sufit. Moje nagie ciało przykrywała tylko cienka kołdra. To co wczoraj zrobiłam było dla mnie błędem. Bardzo tego żałowałam. Jednak moje życie miało teraz tak wyglądać więc musze zacząć się przyzwyczajać. Na moim ramieniu poczułam ciepło warg Oliver`a. Gdy spojrzał na moją twarz znów upadł na łóżko i patrzył na sufit.
-Melanie, kochasz mnie?- wyrwał mnie z rozmyślań przepraszająco brzmiący, męski głos
Odwróciłam się. Gdy spojrzałam w jego oczy obrócił je w inną stronę.
-Tylko proszę nie kłam…-dodał
Głęboko westchnęłam.
-Cóż.. teraz to nie ma większego znaczenia…
-Dla mnie ma.-powiedział stanowczo i popatrzył na mnie
Na jakąś minutę znów było słychać tylko śpiew ptaków. Nie chciałam mu powiedzieć jaki mam do niego żal o to co zrobił. Nie chciałam mu powiedzieć że nie wiem czy kiedykolwiek mu wybaczę, czy kiedykolwiek zapomnę zapach Tom`a, jego czułość, ciepło. Nie chciałam mu przypominać o tym że kocham kogoś innego, że zranił nie tylko mnie.
-Nie wiem. Nie wiem co tak właściwie czuje. Wiem że na pewno smutek. A Ty.. Nie wiem.
Na jego twarzy gościł ból. Poczułam że to moja wina. On naprawde mnie kocha.
-Tęsknie za światem w którym żyłam wcześniej.-dodałam ciszej
Pokiwał głową i wyjrzał przez okno.
-Przepraszam. Nigdy wcześniej nie kochałem i to co poczułem gdy Cię zobaczyłem było czymś zupełnie nowym, poczułem to pierwszy raz. Nie chciałem tracić tego uczucia. Miałem nadzieję, że tamten.. chłopak jest tylko… przejściowy i nie znaczy dla Ciebie zbyt wiele. Miałem nadzieję, że spodoba ci się tutaj, że.. mnie pokochasz.
Poczułam niepewność. Co ja tak właściwie robiłam? W tym momencie uznałam się za najgorszą osobę na świecie.

***

Mijał dzień po dniu. Poczułam się… zakochana, mimo że nadal kochałam Kogoś Innego.
Teraz gdy oczu nie przysłaniała mi nienawiść zauważyłam zalety Oliver`a: jak wielkim jest gentlemanem, jaki jest uprzejmy, błyskotliwy, spostrzegawczy, inteligentny, momentami zabawny. W dodatku był przystojny i był tej samej.. rasy co ja.. I jeszcze jego wzrok. Gdy tylko na mnie patrzył zapomniałam o reszcie świata. O bryle lodu, która bardzo powoli zaczynała topnieć. O wszystkim. Nawet już przestał tam mi przeszkadzać ich kolor, bo miałam podobne. Tyle, że moje były jeszcze trochę bursztynowe.
Siedzieliśmy na tarasie, znajdował się on na samej górze zamku. Właśnie wschodziło słońce. Całe niebo zabarwiło się na różowo, a chmury przypominały mi waty cukrowe, o których kiedyś mi opowiadał Christian, który jak się okazało je uwielbiał. Kiedyś nawet ich spróbowałam nie zdziwiłam się gdy smakowały tak samo jak i inne „ludzkie” jedzenie i aby nie zranić uczuć Chris`a, który stał nade mną i dokładnie przyglądał się mojej reakcji, gdy zapytał podniecony: I jak? powiedziałam tylko: ” Mmm.. Pyszna! Na wspomnie tej chwili lekko się uśmiechnęłam jednak po chwili zmarszczyłam lekko brwi a uśmiech znikł tak szybko jak i się pojawił. Oczywiście nie umknęło to uwadze Oliver`a.
-Co się stało?
-Nic.-pokręciłam głową i prychnęłam- Zastanawiam dlaczego nie pojawiłeś się w moim życiu zanim pokochałam Thomas`a, zanim przywiązałam się tak do Caroline. Teraz wszystko było by łatwiejsze.
Przejechał mi opuszkiem palca po skroni.
-Też się nad tym zastanawiam.
Nie wiadomo skąd przed moimi oczami pojawiła się jakaś dziewczyna. Przyjrzałam się jej dokładnie. Miała delikatne fale na swoich brązowych włosach, szkarłatne oczy. Mimo że wampiry w swoich cechach miały gracje ona chyba miała jej trochę mniej-stała lekko przygarbiona półprzytomnym wzrokiem patrząc na mnie. Nie wiedziałam co powinnam o niej myśleć. Wyciągnęła do mnie ręke.
-Mam na imię Marlene, ty zapewne Melanie, zgadza się?- miała czysty głos który brzmiał jak szum wody
-Tak..- byłam lekko zszokowana, Marlene była pierwszą osobą z klanu Wened`ów która sama mi się przedstawiła i zrobiła to z własnej woli.
Marlene to spoglądała na mnie, to na Oliver`a. On miał wyraz twarzy nie odczytany.
-Jak ci się tu podoba?- zapytała w końcu
-Cóż, jest..ee.. cudownie.- odpowiedziałam niższym i bardziej niepewnym głosem niż zazwyczaj
-Ja już będę zmykać, zaraz ma nastąpić ogłoszenie daty ślubu..
-Czyjego ślubu?- zapytałam szczerze przestraszona. Czyżbym to ja miała brać ślub o którym nic nie wiem? - chciałam dodać. Popatrzyłam na Oliver`a, łobuzersko się uśmiechał.
-Cedric`a i Joanne.-dodała tłumiąc śmiech
-Och.- odetchnęłam z ulgą
-Może odwiedzić cię dziś wieczorem?
Następne zdziwienie.
-Dobrze..-odparłam niepewnie
-To do zobaczenia później.-dodała wesoło i tyle ją widziałam
Oliver nadal się uśmiechał.
-Mówiłem jej że to nie jest najlepszy pomysł.-powiedział w końcu
-Dlaczego?
-Wolałem abyś najpierw poznała kogoś… hm.. dojrzalszego.
Popatrzyłam na niego pytająco. Ten tylko pokręcił głową i parsknął śmiechem. Jego dobry humor udzielił się także mi- znowu się uśmiechnęłam.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdzial VI

wtorek, 23.czerwca.2009, 17:40
Rozdiał VI


Nadeszły wakacje wiec myśle że będę pisała troche więcej bo ogólnie nic innego oprócz pisania i czytania „przed świtem” do roboty nie mam. Nie wiem do kogo to ogólnie pisze ale wydaje mi się że chyba sama do siebie.


-Ciągle tylko gada i gada o tym jaka to cudowna jesteś, ja dobrze mu się z Tobą gada i jaka ty wogóle jesteś-próbował przybrać jego ton-„zabawna i fajna”..-mówił Tom prowadząc samochód,jechaliśmy do szkoły. Wywróciłam oczami.
-O co ci chodzi? Christian tylko mnie lubi i ja też go tylko lubie. To kolega. Nic więcej.
Popatrzył na mnie błagalnie, później zmarszczył brwi i znów spoglądał na droge. Słyszałam tylko cichą prace silnika oraz jego nierówne bicie serca. Byłam bardzo zdenerwowana i zirytowana. Tyle myśli kłębiło się w mojej głowie, nie mogłam wytrzymać.
-Jak mógłbyś myśleć że ja...-pokręciłam z niedowierzeniem głową.
Staneliśmy na parkingu przed szkołą, po tym jak wyłączył slinik powiedziałam stanowczo:
-Obiecaj mi że nie będziesz zazdrosny.
Już chciał coś odpowiedzieć jednak nawet mu na to nie pozwoliłam.
-Obiecaj.
Nie odpowiedział,wpatrywał się tępo w kierownice. Znowu pokręciłam głową, parsknełam pod nosem i mocno trzaskając drzwiami wszyłam z auta. Nawet się za siebie nie obejrzałam, byłam bliska nerwicy i czułam że mogłabym oczami ciskać błyskawice. Pod drzwiami szkoły stał Christian, rozmawiał z Josh’em i jakiś innym chłopakiem. Tylko jeszcze jego mi brakowało pomyślałam gdy zobaczyłam że Chris podchodzi do mnie. Wyglądał na zamartwionego.
-Co się stało?-zapytał naprawde przejęty
Szłam nadal przed siebie.
-Nic.-odpowiedziałam oschle po chwili
-Przecież widze że coś jest nie tak.
-Och...
Patrzył na mnie oczująco. Uznałam że nie musze komuś powiedzieć o tym co mnie tak męczy bo nigdy się nie pozbęde tego uczucia które teraz czułam.
-Jest zazdrosny.-powiedziałam niechętnie
-Kto? Tom?
Pokiwałam głową.
-O kogo? Znaczy przez kogo jest zazdrosny?
Popatrzyłam na niego unosząc brwi i lekko kiwając głową.
-No o kogo? Nic mi to nie mówi..
Stanełam, Christian zrobił to samo.
-Och, o Ciebie!
-Och. Och...Naprawde?!
-Wiem to idiotyczne..
Chris wyglądał jakby dostał jakiegoś szoku. Staliśmy po środku korytarza- ja zniecierpliwona patrząc na niego z założnymi rękami, a on wpatrzony w podłoge. Zadzwonił dzownek. Christian niczym zombie, z tych głupich horrorów jakie kiedyś oglądałam, poszedł w swoją strone nic nie mówiąc. Zrobiłam to samo, gdy weszłam do sali od matematyki Tom już siedział w „naszej ławce”. Ku mojemu zdziwoniu wyglądał także jak zombie. Usiadłam obok niego, a po chwili wszedł do sali pan Campur, nasz nauczyciel matemtyki. Od razu zaczął od pleplania o czymś co już od dawna umiałam wieć nie musiałam go nawet słuchać. Bardziej byłam pogrążona w myślach. Po kilkunastu minutach kątem oka zobaczyłam ręke Thomas’a, która podała mi liścik. Było tam tylko jedno słowo napisane jego niezbyt schludnym pismem. Obiecuję.. Gniewnie parsknełam. Tyle rzeczy chciałam teraz z siebie wyrzucić i mu powiedzieć. Odpisałam Myślałam że nasza miłość jest najważniejsza i nigdy w niej nie znajdzie się nawet gram zazdrości. Myślałam, że mi ufasz. Myślałam że dziś będzie wyjątkowy dzień, mieliśmy przecież iść RAZEM( ty+ja=nikt więcej...) nad morze., chociaż dla mnie każdy dzień z Tobą jest wyjątkowy. Ale teraz to już nie ma znaczenia. Liczy się twoje EGO... a poza tym wołałabym gdybyś mi to powiedział, wtedy miałabym pewność że z twojej strony nie jest to tylko puste słowo nie mające większego znaczenia, mogłabym też rozpoznać gdybyś kłamał... Po tym jak to przeczytał szepnął mi do ucha.
-Obiecuje.-miał ton pełen skruchy, potem mówił już jakby do siebie-Przecież Ty jesteś najważniejsza, tylko Ty. Nie mogłbym Cię stracić z powodu moich chorych wymysłów. Ty jestes najważniejsza.-powtórzył i potrząsnął głową.
Spojrzał na mnie. Uśmiechnął się przepraszająco i powiedział:
-Kocham Cie.Przepraszam byłem głupi.
Popatrzyłam na niego z uniesioną jedną brwią ku górze, na mojej twarzy malowała się niepewność.
-Obiecuje.-powtórzył i położył ręke tam gdzie ma serce- Na.. moją miłość do Ciebie.
Nic nie odpowiedziałam, właściwie to zastanawiałam się nad tym co tak naprawde powinnam powiedzieć. Nagle do klasy wpadła jak burza pani Violenn,szkolna sekretarka.
-Przepraszam czy znajdę tutaj pannę..-zerkneła na karteczke którą miała w ręce- Melanie Moore?
Otworzyłam szerzej oczy, niemożliwe by było że sie przesłyszłam.
-Tak to ja.-powiedziałam pewnie
-Ma pani pilny telefon od siostry. Zapraszam do sekretariatu.
Od siosrty..?
-Tom.. spakujesz mnie?
-Tak,tak...
Wyszłam z sali idąc za panią Viollen. Gdy weszłyśmy do sekrateriatu nie było tam nikogo. Kobieta wskazała mi telefon który leżał na biurku. Pani Viollen wyszła z pokoju abym miała więcej.. prywatności.Z przerazeniem podniosłam słuchawke i powiedziałam gniewnie,bardziej gniewnie niż miałam zamiar:
-Halo?- zabrzamiło to niemal jak obelga
-Melanie?-powiedział głos za którym tak bardzo się stęksniłam. Caroline. Jej głos brzmiał jakby była zdenerowona i zniecierpliona
-Nie kurde... Pani Viollen wiesz?
-Nie czas na żarty. Melanie mam problem. Znaczy mamy bo ja i Matthew. Musisz nam pomóc.
Gdy usłyszłam imie Matthew mimowolnie się wzdrygnełam.
-Jak to.. musze?
-Znaczy chciałam powiedzieć czy pomogłabyś nam?-mówiła tak jakby gdzies się jej śpieszyło
-Ale co się stało?
-Och to długa historia. To pomożesz nam czy nie?
Przyjaciół się nie zostawia w biedzie. A nie zaraz coś pokręciłam.. ale to też prawda. pomyślałam
-Melanie!- wyrwała mnie z rozmyślań nad następną błahostką
-TAK no!
-Pamiętasz klan Wened’ów?
-Tak. Znaczy jeśli masz na myśli ten z tych wszytskich opowieści..?
-Tak ich mam na myśli. Więc z nimi mamy problem. Przyjedź jak najszybciej do Gettyland..wiesz wogóle gdzie to jest?
-Nie ale to nie jest największy problem...
-Dobrze wiec nie kłopoć rodziców ani nikogo innego. Tylko po nas przyjedź. Myśle że nie powinno być większych komplikacji...
-Ok. To nie bedę marnować czasu-rozłączyłam się
Jak najszybciej wyszłam z sekretariatu-dziwnym sposobem za chwile miał być dzwonek.Byłam w mniej więcej szoku. Klan Wened’ów był największym zaraz po Volturi, włoskim „królewskim” klanie- liczyli prawie 30 członków. Zastanawiałam się to takiego Matthew mógł im zrobić(Caroline nie podejrzewałam, to On napatoczył sie im wcześniej i to były te jego problemy przez które wyjechała). Teraz to wszystko miało jakiś sens.Szłam w ludzkim tempie przez korytarz, było to dla mnie wyjątkowo irytujące. Jednak musiałam uważać i nie chciałam się narazić tym że przemieszczam się z prędkością światła. Weszłam do sali 119 równo z dzwonkiem. Niemal że wyrwałam mój plecak Tom’owi z rąk. Wyszłam jak najprędzej , kierowałam się do wyjścia ze szkoły.Zatrzymał mnie Tom.
-Gdzie ty idziesz?
-Musze pomóc..-zaczełam bredzić coś pod nosem-musze wyjechać..
-Wyjechać? Jak tak to jadę z Tobą.
W sumie dlaczego nie? A jeśli jednak to okaże się niebezpieczne? Nie, Carolin nic o tym nie wspomniała.. A sprzeciwianie się Tom`owi w takich sprawach i tak nie ma sensu. Nie zostawi mnie teraz. Za bardzo wini się za tą naszą „kłótnię”.
-Dobrze, tylko musimy jechać teraz.

***

Gdybym kiedykolwiek miała jakieś wyobrażenie o typowym „domu” wampirów to tak to mniej wiecej wyglądało. Przed moimi oczami stał.. ogromny pałac. Szczerze mówiąc nie tego się spodziewałam- liczyłam na jakiś normalny, tylko że większy niż przeciętny dom. Wokół zamku roztaczała się istna puszcza-nie dało się tego nazwać ogrodem. Chyba Wened’owie nie kryli się za bardzo z tym kim są. Zresztą kto mógłby wogóle wiedzieć o ich istnieniu? Od ich „rezydencji” do prawdziwego świata, z normalnymi ludźmi, było kilkaset mil. Czy wogóle jakiś człowiek wiedział o ich istnieniu? O Nich krążyły tylko legendy-oczywiście tylko wśród wampirów.Ich pałac wydawał mi się mroczny, aż bałam się do niego podejść. Nie przypominał mi nawet w 1% mojego własnego domu.Trzymałam Tom`a za rękę przechodząc przez ten miniaturowy las. Gdy stanelśmy pod drzwiami wziełam głęboki wdech i chciałam zastukać ogromną kołatką, przypominającą nietoperza kołatką ale sięgając po nią ktoś mnie wyprzedził. W framudze drzwi stał wysoki mężczyna,wampir, ubrany w elegancki garnitur. Wyglądał na jakiegoś lokaja czy innego sługę.
-Jak mniemam panna Moore?
-Tak.
-A to kto?-zapytał niby zaciekawiony wkazując Tom’a głową.
-Towarzysz.
-Dobrze wejdźcie. Czekają na was.
Wchodząc do środka lekko przygryzłam dolną wargę, tak jak miałam to zwyczaj robić z nerwów. Nie wiem czy teraz były to nerwy-bardziej strach przed tym miejscem. Nie chciałam patrzeć na nic innego niż na moje stopy lekko stopające po lśniących, czarnych kafelkach. Lokaj zaprowadził nas do wielkiej sali w której w pierwszym momencie zauważyłam tylko Caroline i Matthew. Siedzieli przy ogromnym stole trzymając się za ręce.Wyglądali gorzej niż myślałam- ich oczy były czarne jak węgiel,a pod nimi mieli wielkie sińce. Dawno nie dopuścili się do takiego stanu- a przynajmniej Caroline. Dopiero po chwili zauważyłam że nie jesteśmy w tej sali sami. Przy oknach.stały 3 osoby- 2 mężczyzn i rudowłosa kobieta. Gdy tylko na nich spojrzałam kobieta także na mnie popatrzyła i oświadczyła swoim rozmówcom:
-Oto przyszło ich wybawienie.-miała dzwięczny głos który brzmiał niemal jak świergot ptaków
Pozostałych dwóch mężczyzn także na nas spojrzało. Jeden lekko się uśmiechnął i spojrzał na splecione ręce moje i Tom`a.
-Imponujące...jak wampir może kochać człowieka. Słabego i bezsielnego człowieka.-powiedział
-Nie jest słaby-odpowiedziałam pewnie
Popatrzył na mnie z niedowierzeniem i zaczął się do nas zbliżać.
-Czyżby?
Stanął przed Thomas’em i dokłądniej mu się przyjrzał.
-Prosze nie zrób mu nic..-powiedziałam niemal szeptem
Teraz spojrzał na mnie i mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Miał stojące ku górze brązowe włosy i szkałatne oczy, które teraz wydawały się mnie pochłaniać. Gdzieś w sobie miał coś z Tom`a. ale nie potrafiłam określić co tak dokładnie.
-Dobrze.-powiedział po tym jak skończył mi się przyglądać i odszedł do swoich
Wszyscy usiedli przy stole i kobieta pokazała nam ruchem ręki żebyśmy zrobili to samo. Jej uroda zwalała z nóg. Dziwnym sposobem przypomniała mi matkę. Ukradkiem spojrzałam na Tom’a. Jego twraz nie wyrażała niczego ale w jego oczach znalazłam jakieś iskry gniewu i strachu.
-Jak wiecie wasi przyjaciele mają problemy-powiedział mężczyzna który dotąd jeszcze nie zabierał głosu, miał delikatnie siwe włosy, lekko wystające kości policzkowe i oczywiście szkarłatne oczy -i mają te problemy przez nas. Matthew-spojrzał na chłopaka Caroline- zabił jednego z naszych. Podobno polował w okolicach naszego zamku, naszemu się to nie spodobało i rozpoczęła się bitwa. Udało mu się uciec, ale nie za wiele czasu nam zajeło odnalezenie go. Gdy nocą Oliver-wskazał na tego który znowu mi się przyglądał- odwieził jego pokój świadkiem wszystkiego była także jego narzeczona. Nie mieli wzbudzać zbyt wielu podejrzeń więc „sami z siebie” wyjechali. Potem aby urozmaicić to wszystko kazaliśmy jej zadzwonić po Ciebie. Podobno bardzo za nią tęskniłąś i mogłaś dla niej zrobić wszystko wiec jakbyś nie mogła jej uratować? Rozmawiając z Tobą nie mogła powiedzieć nic czego nie cheliśmy żeby powiedziała-w każdym momencie mogła zginąć ona i jej ukochany.I doszliście wy. I oto jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Tylko najgorsze jest to że teraz nie wiemy co z wami zrobić...Może po prostu zabić?
-Torturować?-rzuciła z uśmiechem rudowłosa
-Nie możecie nas po prostu wypuścić?Wypuście nas-skorzystałam z daru
Już na twarzach wampirów pojawiło się rozluźnienie i już wydawało mi się że chcą nas wypuścić. Mijały kolejne sekundy, a oni stali i stali nic nie mówiąc. Dopiero po kilku minutach kobieta powiedziała:
-Jesteś naprawde sprytna,ale niestety nie wypuścimy Was.-dodała niby z współczuciem
Teraz mój mózg prawie się wyłączył. Znikła nadzieja. Ona nie żartowała.
-Cedric mam pewien pomysł..-powiedział Oliver
-Może porozmawiamy o tym.. na osobności. Joanne chodź..-zwrócił się do kobiety
Gdy tylko wyszli z sali odrazu podbiegła do mnie Carolin.
-Przepraszam, przepraszam nie chciałam..-mówiła smutno- Nie mogłam nic zrobić. Ten Oliver.. on wie kiedy ktoś kłamie. Och naprawde tak mi przykro.. Jak się stąd nie wydostaniemy.. To wszystko moja wina…
Na moim ramieniu poczułam gorący płyn. Łzy Carolin. Łzy wampira odzwierciedlające ból były tylko tak gorące. Były pełne goryczy i smutku. Gdy tylko na kogoś spłynęły ten ktoś czuł się tak samo jak osoba płacząca. Carolin nadal powtarzała to samo-że to wszystko to jej wina. Chciałam ją jakoś ocieszyć powiedzieć:”Wcale że nie.”ale nie mogłam. Nie mogłam wymówić żadnego słowa. Czy to jest koniec? Czy tak umrę? Czy oni teraz mówią o tym jak zginiemy?. Może gdybym powiedziała o wszytskim Daniel`owi i Scarlett nie mielibyśmy zginąć. Wątpię żeby po liściku: Jadę po Carolin. Wszystko jest Ok., nic jej nie jest. Powwinam wrócić jutro. Nie martwcie się. Melanie. domyśliliby się że jesteśmy krok od śmierci. Gdy Caroline przestała mnie przytulać a ja przestałam się patrzeć w ogromny stół powiedziałam do Tom`a:
-Wszystko będzie dobrze. Tylko ty i ja. Może nie nad morzem i może nie sami ale razem..Na zawsze.
Lekko się uśmiechnął.Do sali wszedł Oliver, Cedric i Joanne. Ten pierwszy powiedział:
-Melanie-mówił najpiękniejszym głosem jaki kiedykolwiek słyszałam,tak łagodnie, męsko i aksamitnie-czy moglibyśmy porozmawiać?
Wszyscy na niego spojrzeli.
-Sami-podkreślił to słowo
-Proszę za mną...-powiedziała Joanne do reszty
Tom stał w miejscu jakby został czymś przytwierdzony do podłogi.
-Idź...-szepnęłam i lekko musnęłam jego usta.
Na jego twarzy mogłam wyczytać że bardzo mu się to nie podobało. Gdy już wszyscy wyszli,wszyscy oprócz mnie i Oliver`a, on uśmiechnął się zadziornie. Wskazał jedno z krzeseł przy stole.
-Usiądziesz?
-Nie, dziękuje.
Uniósł brwi ku górze i stanął naprzeciwko mnie.
-Cóż.. nie będę owijał w bawełnę. Spodobałaś mi się. Chcę żebyś tu ze mną została. Chcę żebyś była ze mną.
Gniewnie parsknęłam.
-Ale ja nie chce tu zostać i nie chce być z Tobą. Jak już pewnie zauważyłeś mam Tom`a, mojego chłopaka i nie zamierzam się na razie wiązać z nikim innym.
-Tak jak myślałem. Ale zostając ze mną uratujesz go. Go a także twoją przyjaciółkę i jej narzeczonego. Musisz tylko mnie pokochać. Czy to tak dużo?
Popatrzyłam na niego pytająco.
-Zabije go. Wiesz że mogę to zrobić.-powiedział oschle
Chciałam go okłamać że zostanę, nic nie wspominając o tym że ucieknę, ale nagle przypomniałam sobie słowa Carolin:” Ten Oliver.. on wie kiedy ktoś kłamie.”. Pustka. On nie kłamał. Zabiłby go. Gdyby to nie „zadziałałoby” zabiłby także Caro i Matt`a.
-Będzie o mnie walczył.-powiedziałam cicho
-To już jego problem. Teraz wszystko zależy od Ciebie.
I wyszedł z sali. Zostawił mnie samą,zdaną tylko na siebie. Usiadłam przy stole i zaczęłam głęboko oddychać. Co ja mam mu powiedzieć? I tak mi nie uwierzy. Nie po tym wszystkim, co mu powiedziałam. Odejdzie tylko jeśli uwierzy że go nie kocham.Jeśli tego nie zrobię on umrze. I to byłaby moja wina. Nie..Nie! Życie bez niego wydawało mi się nie mieć sensu. Gdyby mogli zabić mnie zamiast niego…Nie takiej opcji pewnie nawet nie było. Musiałam go ratować. On nie mógł umrzeć. Ułoży sobie życie beze mnie. Tylko czy ja ułożę sobie życie bez niego? Myślałam i myślałam głową leżąc na stole. Kilkanaście minut po piątej. Musze go ratować. Teraz także ja wyszłam z sali. Na mojej twarzy nie było widać tego wszystkiego, co czułam- umiałam to świetnie maskować. Szłam pewnie przez korytarz, którego na końcu słyszałam bicie serca. Gdybym ja miała serce na pewno teraz by pękło.
-Melanie!- wstał z podłogi na której siedział. Obok niego nie było nikogo-liczyłam na Caroline i Matthew.-Idziemy? Wypuścili nas?
-Was tak.
-Co to znaczy was tak?-popatrzył na mnie zdziwiony
-Zostaję tu.
Popatrzył w ziemie. Na jego twarzy było tyle bólu.
-Zakochałam się. Poważnie. On także.-powiedziałam pewnie
-Przecież.. mówiłaś że mnie kochasz. Mówiłaś że będziemy razem na zawsze. Że nic nas nie rozłączy..-mówił ciszej
-Tom nie rozumiesz? To było zwykłe zauroczenie. Nie mogłabym być z Tobą. Różnice między są zbyt duże. Przykro mi.-odwróciłam się i szłam w drugą stronę korytarza. Tom poszedł za mną, złapał mnie za ręke.
-Nie możesz mnie opuścić…-powiedział smutno- Zrobię wszystko tylko proszę zostań…
-Żegnam Thomas.-odpowiedziałam oschle
Po chwili w holu pojawił się lokaj który nam otwierał drzwi i jeszcze jeden wampir. Wyprowadzili wyrywającego się Thomas’a. Usiadłam w tym samym miejscu w którym jeszcze przed chwilą siedział Tom. Schowałam twraz w dłoniach. Jak ja mogłam to zrobić? Czułam wyrzuty sumienia,wielką pustkę i ból. Ból który rozprzestrzenił się po całym moim ciele. Miałam go już więcej nie zobaczyć. Miałam zostać z Oliver`em. Na zawsze. Ciągle w głowie miałam Go.Nie wiem ile czasu minęło od kiedy Go zostawiłam i jak odszedł. Ze wszystkiego wyrwał mnie czyjś dotyk na mojej ręce. Podniosłam wzrok. Oliver.
-Czego ch..chcesz?-zapytałam łkając i wycierając łzy.
Obróciłąm twarz w jego strone. Nic nie odpowiedział tylko zbliżył się do mnie. Poczułam jego oddech na mojej skórze, potem dotyk jego warg na moich. Szybko się od niego oderwałam.
-Zostaw mnie.-powiedziałam
Nadal siedział obok mnie i trzymał mnie za ręke.To niczego nie zmieniało. Jedyne co teraz do niego czułam to nienawiść. Nienawiść która wypełniała mnie tak samo jak ból. Ból po zranieniu osoby którą się kochało ponad wszystko. Nigdy nie myślałam . Nienawiść która wypełniała mnie tak samo jak ból. Ból po zranieniu osoby którą się kochało ponad wszystko. Nigdy nie myślałam żże mogłabym mu to zrobić. A jednak. Zrobiłam to dla jego dobra. Dla niego.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział V

wtorek, 16.czerwca.2009, 21:05
Rozdział V

Siedziałam na kanapie. Po mojej lewej stronie była Rosalie, zaś po prawej Alice. Panowała idealna cisza, Rosalie uniosła jedną brew do góry patrząc na mnie oczekująco.
-Co?-zapytałam szczerze zdziwiona chociaż już powoli zaczynałam się domyślać co chodzi im po głowach.
-Widziałam go-powiedziała Alice podkreślajac słowo „go”
-Kogoo? Nie wiem o co wam chodzi.-wzruszyłam ramionami
Rosalie westchneła.
-O tego... no wiesz... jak on tam miał na imie Alice?
-Thomas.-powiedziała z szyderczym uśmiechem- Tom.
A gdzie prywatność? pomyślałam i odwróciłam głowe w strone okna byle tylko nie patrzeć na Rose i Alice.
-To co chcecie wiedzieć?
-Wszytsko. Ze szczegółami.-rzekła beztrosko brunetka
-Tylko prosze nie kłam Melanie. Może jesteś dobrą aktorką i umiesz idealnie kłamać jednak za długo cie znam i...
-I co?
-I po prostu i tak poznam prawde.
Nadal patrzyłam w świat za oknem. Lekko kropił deszcz a niebo było przysłonięte szarymi chmurami.
-Ładna dzisiaj pogoda co?-powiedziałam z sztucznym uśmiechem
-Nie zmieniaj tematu.
Zmarszczyłam brwi. Czy chciałam im to wsyztsko powiedzieć tego nie wiedziałam i we mnie, w środku, toczyła się bitwa. Nadal miałam problem od czego mam tak właściwie zacząć. Co niby „Kocham go jest boski ! ? Niee.
-Był już jakiś... całusek?-zachęciła mnie blondynka
-Tak-odpowiedziałąm szybko i niemal odruchowo
-A jakieś.. no wiesz... te sprawy.... hmm... wiesz... –zaczeła niby to zakłopotana Alice ale na jej twarzy już widziałam ten głupkowaty uśmieszek i to jak co chwile spogląda na tłumiącą śmiech Rosalie-pszczółki i kwiatki...? Wiesz czy...
-CO?!-krzyknełam i odwróciłam głowe w ich strone
-Alice chciała się zapytać czy ju...
-Rosalie nie kończ! Nie! Absolutnie nie! To was tak ciekawiło? Och,prosze was!
-O boże znalazła się święta krowa.-powiedziały chórem i dziewczęco zachichotały
-Zboczki!-także się zaśmiałam
-A tak ogólnie to gdzie nasza Caro? Tyle jej już nie widziałyśmy a jej nie ma...-zaczeła się wyżalać Alice
-Szczerze mówiąc sama nie wiem. Pójde sprawdzić czy nie ma jej gdzieś...
I wyszłam zostawiając Alice i Rosalie same. Wydawało mi się że gdy tylko wyszłam od razu zaczeły coś mówić, jak dla mnie plotkowały oczywiście o mnie. Szłam, właściwie to „biegłam”, tylko chwilke. Weszłam do pokoju nie pukając. To co tam zobaczyłam nie tyle mnie zdziwiło co przestraszyło. Na łóżku Caroline leżała duża walizka prawie już pełna walizka, a ona właśnie wkładała do niej ostatnie ciuchy i zaczynała zamykać.
-Co ty robisz?- zapytałam patrząc tępo na jej bagaż
-Pakuje sie.
-To widze... Ale...-pokręciłam głową-nic z tego nie rozumiem.
-Wyjeżdzam.
-Jak to... wyjeżdzasz?
-Normalnie. Razem z Matthew. Ma podobno jakieś problemy. Musze mu pomóc. Musze być z nim. Musze.-mówiła nadal próbując zamknąć wielką walizke
-O czym ty wogóle mówisz? Co ty bredzisz? Jak to...?
-Już ci mówiłam-normalnie. Nie bedzie mnie jakiś czas, nie wiem kiedy wróce, ale chyba nie za szybko. Nie martwcie się o mnie, z Matthew nic mi przeciez nie grozi.
-Ty wogóle myślisz? Nie możesz wyjachać.
-Melanie ja musze wyjechać.
- Pomyślałaś chociaż o mnie? Czy ty wogóle wiesz że ja bez ciebie nie daje sobie rady? Potrzebuje Cie.
W mojej głowie roiło się od miliona myśli. Wydawało mi sie nawet że zaraz wybuchnie. Nic z tego nie rozumiałam co do mnie powiedziała. Wszystko to było jak jakis koszmar które miewałam bedąc człowiekiem. Ale wtedy zawsze musiałam się obudzić. Teraz wątpiłam żeby Caroline miała zrezygnować z opuszczenie domu.
-Przestań.-powiedziała jakby po namyśle,o wiele wolniej - Dasz sobie bezemnie rade. I tak musiałabym kiedyś stąd wyjechać.
W oczach staneły mi łzy. Usłyszałam klakson samochodu który wybudził mnie z otępienia.
-Melanie teraz już naprawde musze iść... On czeka. I tak wiesz że zawsze bedziemy przyjaciółkami. Obiecałam ci to. Nie płacz, bo wróce.-dopiero kiedy to powiedziała poczułam że mam całe mokre policzki, które szybko wytrałam rękawem od koszulki- Nie wiem kiedy ale wróce. Chocby dla Ciebie. Dla Scarlett i Daniela. Dla naszej szkoły. Dla Nigel’a. Dla wszytskich. Nie martw sie.-w jej oczach też dostrzgłam stojące łzy.
Delikatnie złapała mnie za ręke którą po chwili puściła. Chyba miało mi to dodać otuchy jednak w moim odczuciu to tylko dodatkowo pogorszyło moje samopoczucie. Nie miałyśmy się rozstawać. Miałyśmy być już razem na zawsze. To że powiedziała że wróci dla mnie było jak głupia bajka dla dzieci- nieprawdziwa i nierealna. On znowu okazał się górą nad wszytskim innym.Wzieła swoją walizke i ruszyła z nią w strone drzwi. Miałam ochote ją zatrzymać i namówić ją do tego żeby została. Matthew też mógł zostać. Byle tylko mnie nie zostawiała. Jednak tego nie zrobiłam, było to dla mnie zbyt egoistyczne.Bez niej czułam się jak bez kawałka mnie,jakby wybrakowana. Gdy już wyszła z pokoju usiadłam na jej łóżku próbując zrozumieć co się stało,analizując każde jej słowo,jakby szukając prawdziwego znaczenia. Nie to niemożliwe.

**2 tygodnie później**

Leżałam na kanapie czytając już milionowy raz mój ulubiony romans. Nagle zadzwoniła moja komórka. Najpierw popatrzyłam popatrzyłam na wyświetlacz. Tak jak myslałam. A kogo ja sie mogłam spodziewać? Caroline ?! pomyślałam z niemal widocznym uśmiechem. Dzwonił jak codzień o 6:30. Zawsze gdy tylko widziałam jego imie na wyświetlaczu telefonu poprawiał mi się momentalnie humor. To że zawsze tak dzwonił wydawało mi się bardzo śmieszne i trochę „głupitukie” bo zanim zostałam jego dziewczyną o tej godzinie jeszcze twardo spał.
-Halooo?
-Hej.-powiedział Tom lekko zachrypnietym głosem.
-Hej. Co tam?
-Melanie dzisiaj nie przyjde do szkoły...
-Dlaczego?
-Jestem chory.
Na słowa „chory”,”choroba” i tym podobne byłam „uczulona”.
-To coś poważnego?-zapytałam poważnie
-Nie... Zwykła grypa.
-Grypa?-zapytałam powoli jakbym pierwszy raz słyszała to słowo
Chłopak parsknął śmiechem.
-Nie bój się, nie umre. Wiesz to tylko temperatura, kaszel, katar.. Nic poważnego.
-Tom gdzie mieszkasz?
-A co?
-Gdzie?-powtórzyłam pytanie
-Na King’s Street 7.
-Mam przyjść?-zapytałam chociaż już podjełam decyzję
-Nieee...Nie kłopoć sie. Idź do szkoły, ucz sie pilnie...
Rozłączyłam się. Po chwili tego żałowałam, bo jeśli Tom się na mnie obrazi i będzie zły?. Aż za dobrze wspominałam dzień w którym coś takiego się stało. I to tylko dlatego że miałam oczy pełne łez po tym jak mnie pocałował. A wcześniej mu obiecałam że nie bede przez cały miesiąć wogóle płakać. Nie chciał mi uwierzyć że to „łzy szczęścia” i że zawsze płacze w takich słodkich monetach. A ten pocałunek wydał mi sie najsłodszym jakim mnie kiedykolwiek obdarzył. Ale wtedy to było takie małe obrażenie... Nie całe 5 minut. Dla mnie prawdziwe 5 minut męczarni. Nie chciałam marnować ani chwili dłużej. Wziełam plecak i niecałe 20 minut później byłam przy King’s Street 7. Stanełam przy drzwiach i już chciałam nacisnąć dzownek ale wzebrało się we mnie wachanie. Co jeśli jego rodzice spali a ja tak bruntalnie miałam ich obudzić? Przecież widzieli mnie tylko raz, mogli mnie nie poznać. I jeszcze moje wyobrażenie jak Tom’a który zezłoszczony otwiera drzwi a gdy tylko mnie widzi zamyka mi je przed nosem dopełniło zadania. Ale jak ja inaczej mogłam się dostać do jego pokoju? Nawet ni wiedziałam gdzie ten pokój jest. Sypialnie i tego typu pokoje są zazwyczaj na piętrze. Mam nadzieje że rodzina Hoffman’ów jest potencjalną rodziną...Trzeba bedzie sprawdzić..,pomyślałam a po chwili już wspinałam się po drewnianej kratce która przytrzymywała pnący się po niej bluszcz i inne rośliny których nazw niestety nie znałam. Miałam pamiętać żeby kiedyś zapytać Tom’a o ich nazwy jednak szczerze wątpiłam w to żeby on je znał. Po zaglądaniu do kilku okien wreszcie trafiłam na te które wydawały mi się „wejściem awaryjnym” do pokoju Thomas’a. Zapukałam w szybe, dopiero po jakiejś minucie przed moimi oczami ukazała się osoba którą ja tak bardzo kochałam. Najpierw na jego twarzy malowało się niezadowolenie, ale po chwili zastąpił je promienny uśmiech który sprawiał że w środku mnie zaczynały latać motylki. Otworzył okno mówiąc:
-Mówiłem żebyś sie nie kłopotała.
-Nie mogłam się powstrzymać...
Chciałam go pocałować, ale on stanowczo mnie odepchnął. Popatrzyłam na niego z wyrzutem.
-Tylko sie o Ciebie troszcze. Chyba nie chcesz sie zarazić.
-Och prosze cie...jeden malutki buziak...
Uśmiechnął się i dotknął swoimi ciepłymi i miękkimi wargami moich, które były przeciwnością jego ust-twarde i zimne. Zastanawiałam się czy jemu to przeszkadza i czy mimo wsyztsko jest mu tak przyjemnie jak mi. Gdy się odemnie oderwał wziełam głęboki oddech aby móc się opanować, Właśnie dlatego się kłopotałam głuptasie dodałam w myślach. Tom pogłaskał mnie opuszkiem palca po policzku i położył się znowu do łóżka,tak jak mu kazałam. Wziełam krzesełko które stało po drugiej stronie pokoju i przystawiłam je do łóżka. Położyłam ręke na jego czole chcąc sprawdzić czy ma temperature.
-Jesteś taki rozpalony...
-Gorączka. Wiesz masz takie chłodne palce... Jak czuje je na moim ciele odrazu odchodzi cała gorączka.-uśmiechnał się łobuzersko, tak że nie mogłam nie unieść ust ku górze.
-Naprawde?
Pokiwał głową.
-Posuń się..
Thomas uśmiechnął się szeroko odsłaniając,jak dla mnie, swoje idelane zęby. Ogólnie dla mnie cały był idealny. Nie było rzeczy która by mi się w nim nie podobała. Każdy cal jego ciała był „boski”. Gdy chłopak zrobił dla mnie torche miejsca w swoim łóżku położyłam się obok niego kładąc jedną ręke na jego torsie,zaś drugą gładziłam go po policzku. Lekko przymnął oczy, jakby chciał zasnąć.
-Jesteś śpiący?-zapytałam z troską
-Nie. Tylko troche zmęczony...Nie mogłem dziś w nocy zasnąć.
-Dlaczego?
-Myślałem.
-O czym jeśli mogłabym zapytać?
-Głupie pytanie.
Popatrzyłan na niego uśmichnięta jednak zdziwiona.
-Dlaczego głupie?
-A o czym ja mogłem myśleć...? A raczej o kim?
-Eee. Nie wiem...?
-O tobie głuptasie.
-Aa. A o czymś konkretnym?
-Tak właściwie to tak. O tym jak Cie pierwszy raz zobaczyłem.
-Szczerze mówiąc nie moge sobie przypomnieć nawet keidy to było...
-W pierwszy dzień szkoły. Jak byliśmy w pierwszej klasie. Chodziłem wtedy jeszcze z Kim-zrobił kwaśną mine jakby brzydził się jej imienia
-O ile dobrze wiem to chodziłeś z tą sławną Kim,której jeszcze nawet nie poznałam, jeszcze półtora roku...
-No tak.. Potem zdałem sobie sprawe że nie jestem z nią szczęśliwy i że taki moge być tylko z jedną osobą... Ale w każdym razie wtedy, gdy przeszłaś obok mnie nawet na mnie nie spojrzałaś.-oboje się zaśmialiśmy
-Jaka ja byłam głupia.
-Wcale że nie. Ale poczułem wtedy ten najpiękniejszy zapach na świecie-taki słodki.-wciągnął powietrze nosem rozkoszując się moja wonią- Pierwszy raz coś takiego poczułem. Potem cały dzień o tobie myślałem. I tak jest do dziś.Wtedy Kim chyba nawet to zauważyła że jestem nieprzytomny i co chwile na Ciebie patrze-jaka ona była zazzdrosnaa... To było żałosne. Mogła już sobie dać spokój, ale NIEE! Co ona mi o tobie mówiła... Zresztą nadal mówi.
-Naprawde?
-Nienormalna co?-stwerdził rozradowany
-Tia...Dobrze że wybrałeś mnie. Ale jesteś pewien że nic do niej nie czujesz?
Popatrzył na mnie pukając się w czoło.

***

Nadszedł czas lunchu. Ruszyłam w strone łazienek chcąc zrobić to samo co na poprzednich przerwach- iść do łazienek,zamknąć się w jednej z kabin i siedzieć na podłodze czekając na dzwonek. I tym razem to zrobiłam-nie chciałam przebywać ze znajomymi Tom’a bez Tom’a. To był dla mnie bezsens. Siedziałam na podłodze wygrzebując z kieszeni jakieś karteczki, a tak właściwie to lisciki które pisałam albo z Carolin albo z Tom’em na lekcjach. Czytałam każdy z nich lekko się uśmiechając, bo niektóre z nich były takie dziecinne i beztroskie. Najbardziej rozbawił mnie liścik Caro na którym napisała wielkimi literami: Popatrz szybko na Oscar’a. On DŁUBIE W NOSIE! Haha! :DD . Kilka razy przeczytałam też mój ulubiony, od Tom’a. Napisane tam tylko było : Już za Tobą tesknie. Co ty robisz przy tej cholernej tablicy? Znowu mnie zdradzasz?! Pamietaj że Cie kocham. Pierwszy raz go teraz zobaczyłam. Czytałam to dopóki nie uznałam że musze wyjść z tej dziury i iść do stoliku Thomas’a. Najpierw podeszłam do Nigel’a żeby czuć jakieś wparcie i poszedł ze mną, był lekko zakłopotany.
-Cześć.-powiedziałam niepewnie z momentem w którym usiadłam na krzesełku
Odpowiedział mi tylko Christian i nieznana blondynka. Miałam zamiar rozmawiać tylko i wyłaćznie z Nigel’em żeby się nie narażać reszcie jednka jak tylko sie obróciłam w jego strone już rozmawiał z tą blondynką. O niee... Siedziałam i siedziałam dopóki nie usłyszałam jakiegoś głosu który mówił:
-Jestem Christian a ty Melanie tak?- głos był melodyjny i wyjątkowo męski zarazem
-Tak. Miło Cie poznać.
-Ciebie też. Co tam z Tom’em? Dlaczego go dzisiaj nie ma?
-Jest chory, grypa.
-Rozumiem. Ciężka sprawa-powiedział niby przejęty-Wiesz pierwszy raz widze Cie bez niego.
-Tak? Kurde chyba mam na niego jakiegoś fioła,po prostu strzelił mi do głowy.-powiedziałam z miłym uśmiechem- Ej a jak.. jak mają oni na imie?-wskazałam na reszte osób siedzących przy stoliku- Tyle tu już siadam a nigdy sie nie dowiedziałam.
-Ta zbuntowana-zaśmiał się i mówił głośniej- blond piękność to SUSANN !
Susan popatrzyła na niego błagalnie.
-Christian przestań się zgrywać. A tak pozatym Melnie jestem Susan-podała mi ręke.
-Miło mi.
-Dobra to moze kontynuujmy... Dalej to Kim.-teraz ściszył głos jakby chciał żeby tego nie dosłyszła- Uważa że jes najlepsza i wszyscy ją lubią ale jak dla mnie to jest żałosna i beznadziejna.-po chwili mówił już normlanie-Dalej to Josh. Naprawde niezły z niego debil. Jak zapyta sie czy masz marchewe powiedz że w lodówce. On tak stwierdza czy ludzie są spoko czy niespoko.
-Aha rozmumiem.
Na chwile przestałam rozmawiać z Christianem, bo Josh o coś go zapytał. Miałam chwile żeby dokłądniej się przyjrzeć Kim. Miała te same okulary co w dniu wkótrym pierwszy raz ją zobaczyłam. Po głowie ciągle chodziła mi jedna myśl, której nie mogłam stłumić.
-Przepraszam ale po co ci dziś okulary przeciwsłoneczne skoro pada deszcz i jesteśmy w szkole?-zapytałam miło Kimberly
Ściągneła okulary i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym pogardy i jakby obrzydzenia.
-Mówiłaś do mnie?
-Tak.
-Nie twoja sprawa ruda ździro.
Popatrzyłam na nią marszcząc brwi.
-Wolałabym żebyś mówiła mi po imieniu. I gdybym mogła wiedzieć to co ci zrobiłam?
- Zabrałaś mi chłopaka suko.-nie kryła już kompetnie tego co do mnie czuje, przybrała beztroski ton - Jednak każdy wie że to co jest pomiędzy Tobą a Tomem jest za słabe. To tylko zauroczenie. Gdy przyjdzie co doczego to znowu bedziemy parą...
Przy naszym stole zapanowała cisza, każdy czekał na to co powiem. Mówiłam szybko nawet nie mrugając.
-Jak myślisz dlaczego z Tobą zerwał? Nie uważasz że czegoś ci brakuje? Uważasz że masz wsyztsko? Może masz pieniądze i „popularność” ale Bóg niestety zapomniał Cię wyposażyć w mózg. A pozatym...
-Jak śmiesz tak o mnie mówisz? Myślisz że jesteś.. lepsza odemnie?!
-Nie musze o tym myśleć. Ja to wiem.
Zadzwonił dzwonek. Tak bardzo tego żałowałam. Miałam jej jeszcze tyle powiedzieć, dopiero się rozkręcałam choć i tak próbowałam być jak najmilsza, w końcu to była dizewczyna mojego chłopaka. Wstając od stołu spojrzałyśmy na siebie tak jakbyśmy za chwile miały się na siebie rzucić. Odchodząc usłyszłam szept. Szept Christiana.
-Wow. Jesteś bardziej odważna niż myślałem. Nikt jej jeszcze czegoś takeigo nie powiedział. Nikt jej się nawet nie sprzeciwił.
Parsknełam śmiechem.
-Gdzie masz lekcje?-zapytał
-W Sali 142. A ty?
-Masz teraz bilogie?
-Taak..
-No to tak jka ja.Mógłbym usiąść obok Ciebie?
-Oczywisćie. Naprawde potrzebuje czasami towarzystwa.
Chłopak uśmiechnął się pod nosem jakby zadowolony z siebie, ale ja poczułam... wyrzuty sumienia. Nie no to juz przesada! Czy ty Melanie przypadkiem nie zwariowałaś?!

Ten rozdział może nie jest najdłuższy ale myśle że da się znieść ^^ Cieżki tydzień nadal trwa... MeLL ;3
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział IV

niedziela, 7.czerwca.2009, 18:51
Rozdział IV

Cisza z każdą chwilą była coraz trudniejsza do zniesienia. Z lekko rozchylonymi ustami czekałam na pytanie od którego miała się zacząć jedna z trudniejszych rozmów z Tom’em. Chłopak patrzył na niebo jakby czegoś tam szukał. Miał lekko zmarszczone brwi i kilka razy już otwierał usta jakby chciał cos powiedzieć jednak za każdym razem słyszałam tylko lekkie podmuchy wiatru uderzające o liście.
-Wszystko...-powiedział niemal szeptem
-To od czego mam zacząć? –zapytałam spokojnie głęboko się zastanawiając-Może chciałabyś poznać...moją historię?
Nie odpowiedział czekając aż zaczne mówić.
-Wiec wszystko zaczyna się w 1861 roku. Żyłam w niemal idealnym świecie beztroska i wciąż szczęśliwa. Mieszkałam w małym domku, położonym w miasteczku w okolicy Richmond, wraz z rodzicami, 3 siostrami i 5 braćmi. Byłam z nich najstarsza i często robiłam za ich druga matkę. Byłam wtedy bardzo odpowiedzialna.-pokręciłam głową nie mogąc uwierzyć jak się zmieniłam- Mimo iż byliśmy biedni nie czułam żeby czegoś mi brakowało. Byłam taką niepoprawną optymistką. Ojciec pracował jako pielęgniarz w wojsku, nie widywałam go za często-najwyżej 2 razy w roku. Matce bardzo go brakowało jednak we mnie znajdowała swoje pocieszenie. Jej zdaniem byłam najbardziej uczynna, błyskotliwa i... najpiękniejsza z całej rodziny. Jednak nigdy nie powiedziała tego przy wszystkich. Powiedziała mi to gdy dowiedziała się że jest chora. Miała gruźlicę. Miałam wtedy 16 lat. Umarła za niecałe 4 miesiące później,tuz przed moimi 17 urodzinami. Przez te 4 miesiace próbowała nadal wykonywać swoje obowiązki jednak ja kazałam jej leżeć w łóżku i sama zajmowałam się domem. Nie było to łatwe zadanie,ale jakimś sposobem znajdowałam w sobie siłę i troszczyłam się o matke i dbałam o dom i resztę rodziny. Tyle się natrudziłam... Robiłam wszystko żeby uratować mamę. Raz nawet poszłam do lekarza prosząc go o leki a że nie miałam pieniędzy mogłam tylko żebrać. Gdy opisałam mu dolegliwości matki tylko pokręcił głową i powiedział
„Przykro mi, nie mogę jej pomóc.”
Następnie wyprosił mnie z gabinetu a ja z pustymi rękami wróciłam do domu. Okłamywałam matkę mówiąc jej że wyzdrowieje i wszystko będzie dobrze.Jednak nie było wtedy leków ani żadnego sposobu by ją uratować.Powierzyła mi dom i opieke nad dziećmi. Była pewna że sobie poradzę, jednak ja nie do końca. Nie byłam pewna czy chce spędzić swoje życie tak jak matka-opiękując się „bandą dzieciaków”.
„Jestem zbyt ambitna i inteligentna żeby tak skończyć.”,wciąż sobie powtarzałam.
Gdy ojciec dowiedział się o jej śmierci przyjechał do domu,rzucając prace. Cały czas pił. Zaraz po jej pogrzebie gdy tylko wszedł do domu kazał dzieciom wyjść do swoich pokoi tylko ja miałam zostać. Był nadzwyczaj pijany. Wtedy on...-zmarszczyłam brwi przypominając sobie każdy szczegół-najpierw zaczał krzyczeć.
„To wszystko to twoja wina!”,zbliżał się do mnie”Jak mogłaś to zrobić matce? Wpędziłaś ją do grobu!”
„To nie była moja wina...”,mówiłam płacząc
„Jak możesz tak lżeć?! Takim jesteś kłamcą ?!”, wtedy zadał swój pierwszy cios,uderzył mnie z całej siły w twarz.
Zszokowana tylko otworzyłam usta ze zdziwienia i strachu łapiąc się za policzek. Zaczełam cała się trząść bojąc się tego co może mi zrobić własny ojciec.
„Nadal taka mądra?” krzyczał zadjąc kolejne ciosy
Upadłam na ziemie,ten zaczął mnie kopać. Z nosa i ust zaczęła mi lecieć krew lecz ojciec nawet nie zwrócił na to uwagi,zachowywał się jak w jakimś transie. Nagle do pokoju weszła Verona, moja 11-letnia siostra. Na chwile zapanowała cisza. Zaniepokojona tym co zobaczyła dziewczynka patrzyła to na mnie to na ojca nie mogąc zrozumieć co się stało.
„Verona uciekaj!”,krzyknęłam bojąc się że ojciec jej także może zrobic krzywde
Popatrzył na mnie wzburzony i jeszcze raz kopnął w brzuch mówiąc
„Zamilcz już Melanie.”
Wtedy Verona chcąc mnie ratować rzuciła się na plecy ojca bijąc go pięściami. To go troche zdezorientowało,miałam wystarczająco czasu na ucieczke. Jednak nie chciałam tak zostawiać reszte mojego rodzeństwa,na pastwe tego potwora. Wyczołgałam się z domu, później jak najszybciej próbowałam iść do miasta i doszłam. Bardzo tego żałowałam jednak za bardzo się bałam wrócić do domu. Była już prawie noc,a ja bezbronna zaczełam wołąć o pomoc. Nikt nawet nie wyjrzał przez okno. Nawet nie wiedząc kiedy zemdlałam. Gdy się obudziłam leżałam na jakimś łóżku w nieznanym pokoju. Był już ranek. Pamiętam, że za drzwi dobiegały czyjeś głosy. Mówili bardzo szybko i cicho. Udało mi się tylko wyłapać kilka słów z których wynikało że jakaś kobieta kłóci się z mężczyzną. Otóż kobieta była pewna że powinni coś zrobić,nie wiedziałam jednak co,a mężczyzna był zdania że nie mogą. Próbowałam wstać jednak poczułam wielki ból w okolicach żeber, głośno jęknęłam i z powrotem położyłam się na łóżku. Na chwile zapadła cisza, chyba mnie wtedy usłyszeli. Weszli do pokoju. Przed moimi oczami ukazała się nad zwyczaj piękna para ludzi, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało-że byli ludźmi. Mieli bladą cerę i miodowe oczy. Ich uroda powalała z nóg. Nawet wydawało mi się że jestem już w niebie, takie istoty jak dla mnie nie istniały w normalnym świecie.
„Musimy to zrobić, Daniel”, powiedziała błagalnym tonem kobieta.
„Chyba jednak masz rację”, odpowiedział Daniel patrzac na mnie
Zbliżyli się do mojego łóżka.
„Kim jesteście? Gdzie jestem?” powiedziałam zachrypniętym głosem
„Przepraszam...” powiedziała Scarlett, zbliżyła się do mojej szyi i zanurzyła w niej swoje zęby.
Ten ból był najgorszym jaki czułam w całym moim życiu. Czułam ogień w gardle,kościach,rękach,nogach-wszędzie. Nie mógł się równać z tym co czułam po tym jak zbił mnie ojciec. Zaczełam się wyrywać i krzyczeć. Wtedy Daniel złapał mnie za ręke, zaczął uspokajać i wyjaśniać kim są. Niewiele do mnie docierało-zrozumiałam tylko to że staje się... wampirem. Z czasem zaczęłam się zmieniać-moje tęczówki stały się szkarłatne,skóra blada i lodowata,byłam nadzwyczaj silna i szybka. Odkryłam także że mam dar,jak Dabiel mi o tym opowiadał tylko niektórzy uzyskiwali taki talent,umiałam manipulowac ludźmi. Gdu już doszłam do siebie a Scarlett i Daniel wydali mi się „bezużyteczni” uciekłam od nich.Nie podobały mi się także ich nowe postanowienie-polowali tylko na zwierzęta. Przekonali ich o tym podobno jacyś ich przyjaciele z Forks,Cullen’owie. Po ucieczce żywiłam się tylko krwią ludzi.-mimowolnie skrzyiłam się-Pewnego dnia przypomniałam sobie o domu. O dawnym domu. Nie wiele się zastanawiając pobiegłam tam. Chatka wyglądała prawie tak samo jak go zostawiłam tylko ogród roztaczajacy się wokoło zdziczał i tworzył jakby płot oddzielający dom od reszty świata.Wszystkie światła były zgaszone,spokojnie mogłam się wkraść do środka. Wpierw weszłam do pokoju rodzeństwa. Z troską na nich spojrzałam,w moich oczach pojawiły się łzy. Wydawało mi się jakbym nie widziała ich przynajmniej 100 lat,dziewczynki teraz stały się już ślicznymi dziewczętami a chłopcy przystojnymi młodzieńcami. Wszyscy spali,jednak ich wyraz twarzy pokazywał że cierpią. Żałowałam że ich wtedy zostawiłam, ale teraz byłam silniejsz ojciec już nie sprawiał u mnie starchu. Każdego z nich pocałowałam w czoło jednak zatrzymałam się przy Veronie,z boku twarzy,tuż koło ucha,miała podłużna blizne jakby ktoś przjechał po niej nożem. Najpierw nie mogłam pojąc co się stało wciąż kręcąc głową,ale zrozumiałam. To sprawka ojca. Pogłaskałam dziewczynke po bliźnie i poszłam dalej. Bardzo też moją uwagę przykuła Marie, była wyjatkowo podobna do matki. Te same rude włosy, piegowata buzia. Wychodząc szeptem powiedziałam
„Nie będziecie już wiecej cierpieć. Miłych snów.”
Mały Frank,najmłodszy z chłopców,lekko otworzył oczy jednak mnie już wtedy w pokoju nie było.Potem poszłam do pokoju ojca,niegdyś rodziców. Wyglądał jeszcze gorzej niż kiedy go ostatnio widziałam. Wyglądał na grubszego i bardziej obrośniętego, jak dla mnie upadł na dno. Schyliłam się nad nim i szpenełam do ucha.
„Czas sie obudzić tatusiu.”
Złapałam go za koszule i zrzuciłam z łóżka. Gdy otworzył oczy stanęłam nad nim i powiedziałam
„Niespodzianka”
„Melanie?”zapytał wielce zdziowny”Ty żyjesz?”
„Tak ojcze.”
Na chwile zamilkłam nie chcąc opowiadać szczegółów.
-Zabiłam go. Teraz miałam pewność że już nikogo nie skrzywdzi. Potem wróciłam do rodziny Moore’ów. Ucieszyli się że wróciłam. Przystałam na ich zasady jednak później wpadłam w depresję i to wsyztsko dlatego że..- przerwałam,bo nie chciałam mu teraz opowiadać co się takiego stało i zgrabnie przeszłam do dalszej części- Nic mnie nie cieszyło, byłam jak zombie... Scarlett, która się o mnie bardzo troszczyła i która była aż nad opiekuńcza w stosunku do mnie bardzo to martwiło. Wtedy odnaleźli dla mnie Caroline. Umierała na jakąś odmianę grypy. Po tym jak stała się członkiem naszej rodziny moje życie znowu nabrało kolorów. Nie wiem jak bym mogła ją teraz stracić... Tyle razem przeszłyśmy. Wiele jej zawdzięczam. Wkrótce potem przeprowadziliśmy się do Seagate. Każdy dzień zdawał się do siebie podobny aż do teraz. Teraz ty wszystko odmieniłeś.
Popatrzyłam na niego. Miło się uśmiechnął.
-Miałaś naprawde trudne życie...-powiedziął po namyśle
-Można tak powiedzieć...
-Teraz nareszcie wiem dlaczego nigdy nie mogłem ci odmówić i zawsze robiłem to co mi kazałaś. A tak właściwie to skad biorą się te wasze talenty?-zapytał
-Hmm... Sama nie wiem. To chyba zalezy od tego jacy byliśy w „poprzednim życiu”..
-A ktoś jeszcze w twojej rodzinie ma jakis taki dar?
-Tak. Carolin.. ona wyczuwa lęk. A następnie umie wywoływać w ludziach takie... omamy że widzą to czego w danej chwili najbardziej się boją. Naprawde wiele razy mnie tak wrobiła... Scarlett wszystkiego się uczy szybko i łatwo zapamiętuje. Zna już prawie 28 języków.-powiedziałam z pewną dumą i uśmiechem-Zaś Daniel.. on ma tak jakby dar rozskadku. Zawsze twardo stąpa po ziemi.
Na chwile znów zapanowała cisza.
-Melanie chciałem się zapytać tak z ciekawości...Ale nie bądź na mnie zła ok?
-Ok..-powiedziałam niepewnie
-Jakby co to tylko z ciekawości...Wiec... kim był ten chłopak...ten na zdjęciu? Ciągle mnie to dręczy...-zmarszczył brwi
Westchnęłam i skrzywiłam twarz na wspomnienie tamtej historii. Chciałam ja skrócić do minimum nie chcąc rozdrapywać starych ran.
-Cóż nie lubie o tym mówić ale mimo wszystko chce żebyś wiedział... Ten chłopak miał na imie Robert. Byłam w nim zakochana. Był moim...narzeczonym. Wydawało mi się że jest miłością mojego życia i powinien być taki jak ja żeby mógł być ze mną na zawsze. Miał tak kuszący zapach jednak tyle mnie namawiał abym go zamieniła że w końcu się zgodziłam... Byłam jeszcze młodym wampirem. Myślałam że jestem wystarczająco silna żeby go nie zabić ale jak bardzo się myliłam. A ja tak go kochałam. Byłam z nim tylko rok a nadal o tym pamiętam i wciąż nie mogę zapomnieć... To że go.. zabiłam wlasnie wywołało tą moja depresję.
Tom mocno mnie przytulił.
-Przepraszam że o to pytałem. Chyba nie powinienem.
-Nie przepraszaj. Nie ma już Roberta, ale jesteś Ty. Teraz to Ciebie kocham najbardziej i uwierz mi że zrobie wszystko żeby nic złego ci się stało...
Umiejętnie zmieniłam temat.
-Co chciałbyś jeszcze wiedzieć?
-Nie wiem.. na dziś już chyba wystarczy mi tych opowieści...Musze sobie to wsyztsko poukładać...
-Wiesz jakbyś chciał coś jeszcze wiedzieć to pytaj.-powiedziałam z bladym uśmiechem
-Napewno nie zapomnę-rzekł ziewając.
-Chyba jesteś już spiący...-zmarszyłam brwi
-Nie...Tylko troche zmęczony... A ty nie śpiąca?
-Eee.. My nie śpimy.
-Co?- powiedział nie ukrywając zdziwienia
-No tak...Idź już spać. Nie ucieknę. Jutro też jest dzień.
-Nie prosze nie rób mi tego..-mówił powoli zamykając oczy- Nie chce tak marnować czasu...
-Spij..-szepnełam mu do ucha i patrzyłam na niego aż nie zasnął.

***

Ciągle ta cholerna niedziela. Kiedy ona się w końcu skończy? , myślałam siedząc obok Scarlett na kanapie. Ciągle po głowie chodził mi Tom i szczerze mówiąc już za nim tęskniłam. Wydało mi się to wyjątkowo żałosne,w myślach wciąż wyklinałam na tą moją romantyczność i to jak łatwo się zakochuje. On mi po prostu uderzył do głowy.Niby razem oglądałyśmy jakąś banalną komedie o miłości jednak moja przyszywana mama wciąż się wypytywała o wczorajszy wieczór więc nie mogłam się już kompletnie skupić na fabule filmu, a nie sposób było jej nie odpowiedzieć. Z zamyślenia wyrwało mnie jej kolejne pytanie.
-Kochasz go?-zapytała z zaciekawieniem
To o co zapytała dotarło do mnie dopiero po kilku sekundach.
-Tak,tak..-odpowiedziałam żwawo- A coś w tym.. złego? Źle zrobiłam znowu się zakochując?
-Nie skarbie, oczywiście że nie. Ciesze się z twojego szczęścia-powiedziała obdarzając mnie swoim najpiękniejszym uśmiechem który trzeba było odwzajemnić.
Wydawało mi się że wywiadu nastapił już koniec bo zaczeła patrzeć na ekran telewizora. Nagle chyba o czymś sobie przypomniała bo podskoczyła jak oparzona.
-A wiesz o tym że przyjeżdżają dziś Cullen’owie? Zostaną do wtorku,udało mi się namówić Carlisle’a,reszta rodziny nie miała nic przeciwko.-powiedziała z łobuzerskim uśmiechem-Jak dobrze że przyjadą. Tak się już zatęskniłam za nimi wsyztskimi, ale chyba najbardziej za tą moją Esme.
-Przyjadą ?-zapytałam uradowana
Scarlett pokiwała głową wciąż się uśmiechając.
-Och to świetnie ! Kiedy będą? Caroline już wie? Nareszcie zobacze Rosalie! Jak ja za nią tęsknie!I Alice! Napewno mają jakieś nowe plotki!-powiedziałam z szczerym uśmiechem
-Mówili że będą po południu, zapewna za jakś.. godzine? Caroline już wie. A mówiła ci że też dzisiaj przyjeżdża Matthew?
-Naprawde...?
-Tak.. Ma przyjechać z Cullen’ami, odwiedził ich po drodze.
-Carolin napewno się ucieszyła-powiedziałam obojętnie i bez uczucia marszcząc brwi
Scarlett to zdziwiło.
-Myślałam że go lubisz.-mówiąc „go” miała na myśli Matthew
-Bo go lubie... Jednak skoro przyjeżdża Matt to znaczy że Caroline już nie będzie. Zapewne ominie ją cała wizyta Cullen’ów, a ja zamiast spędzić czas z trzema przyjaciółkami spędze go z tylko dwoma...-powiedziałam szczerze zmartwiona.
-Nie martw się. Coś się wymyśli.
-Jak zwykle optymistka...
-Jak zwykle optymistka bla,bla,bla-powtórzyła za mną Scarlett z śmieszną miną mówiąc głupkowatym tonem
Obie się zaśmiałyśmy i wróciłyśmy do oglądania filmu. Jak się okazało nie był taki zły jak przypuszczałam, na szczęście był ten wątek miłosny bo inaczej film byłby do kitu. Nie wiadomo kiedy mineła godzina. Usłyszałam że przez brame wjeżdża jakiś samochód, może nawet dwa. Chciałam wstać jednak Scarlett gestem pokazała mi że sama to sprawdzi. W szybkim tempie „podeszła” do okna.
-To oni?
-Tak.
Uśmiechnęłam się i wybiegłam na zewnątrz stając przy domu.

Przepraszam że tak późno ale miałam ciężki tydzień. MeLL.
Nastrój: już mówiłam-ciezki tydzień.
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział III

poniedziałek, 25.maja.2009, 20:56
Rozdział III

Stołówka była jak zawsze pełna- wydawało sie jakby miała za chwile wybuchnąć. Jednak teraz miała w sobie coś specjalnego i była niewiarogodnie głośna. Chociaż nie to pomieszczenie było tym na czym skupiałam swoją uwage. Dokładniej-skupiałam swoją uwage na osobie która właśnie trzymała mnie za ręke, odwrócona w inną strone, śmiejąca sie. Tom. Szłam przed siebie nie patrząc pod nogi czy gdziekolwiek indziej byle się nie przewrócić-tylko na niego.Usiedliśmy przy stoliku przy którym zawsze siadał mój, od niedawna, właściwie od wczoraj... chłopak. Przynajmniej tak mi sie wydawało-że jesteśmy parą. Po tym o czym wczoraj się dowiedział stał sie dziwnie rozluźniony. Nawet jak przyszłam do szkoły delikatnie mnie pocałował-to mnie dodatkowo utwiedziło w tym że uważa mnie za swoją dziewczyne. Podobało mi się to że moge z nim być i jestem jednak nie wiedziałam czy dla niego jest to... bezpieczne. Pierwszy raz od dłużnszego czasu poczułam sie taka... szczęśiwa. Nie martwiło mnie teraz to co na to wszytsko powiedzą rodzice i Caroline , pogoda i inne bzdury czy potrfaiłaby mieć wystarczająco silną wole aby go nie ugryźć-liczyło się tylko to że jestem zakochana. W nim-normlanym chłopaku,pomyślałam lekko się uśmiechając.
-Ludzie, to jest Melanie.-powiedział Tom
-Cześć-powiedzieli ludzie którzy siedzieli przy stoliku a po chwili wrócili do swoich poprzednich zajęć-rozmów. Dotychas wpatrzona w Toma teraz popatrzyłam na ludzi którzy siedzieli obok nas.Tuż obok mnie siedziała chuda i niska blondynka z ostrym makijażem,dalej brunetka w wysokim kucyku w okularach,wyjątkowo jasny blondyn z bladą cerą,przystojny ciemny blondyn z pięknymi błękitnymi oczami i Tom,który siedział bardzo blisko mnie nadal trzymając mnie za ręke. Spojrzałam na nasze ręce z uśmiechem,gdy podniosłam wzrok zauważyłam że wciąż patrzy na mnie ten przystojny blondyn. Po chwili odwrócił wzrok i znowu rozmawiał z tym drugim blondynem.
-Tom jak ma na imie ten... blondyn?-zapytałam
-Który?
-Ten taki ciemniejszy...
Tom spojrzał wpierw na niego później na mnie. Niemal stylkaliśmy się nosami.
-Christian. A co cie tak w nim zaciekawiło?
-Nic. Kompletnie nic. Normalny jak reszta.-skłamałam,tak naprawde to mnie zaciekawił.
Mój ukochany parsknął śmiechem i wrócił do rozmowy z tym „jasnym”. Ukradnkiem popatrzyłam na Christiana i on znowu na mnie patrzył! Żeby go tym razem nie odstraszyć usmiechnełam się łobuzersko. Podziałało. Chłopak także się uśmiechnął. Nie chciałam żeby Tom pomyślał że go jeszcze zdradzam więc popatrzyłam na stolik w którym zawsze siedziałam z Caroline. Była tam i patrzyła na mnie z miesznką złości i smutku. Kąciki jej ust opadały w dół,miała lekko zmarszczone brwi. Obok niej siedział jeszcze tylko Nigel, chłopak który był tam tylko dlatego że chciałyśmy zachowywać pozory „normlanych”. Nawet go lubiłam. Nigel patrzył na Carolin i uśmiechnięty coś mówił. Dziewczyna nie wyglądała jakby słuchała,wyglądała jakby chciała mnie zabić.
-Tom zaraz wroce ok?
-Ok...Ale zaraz!-powiedział z łobuzerskim uśmiechem
Poszłam na śmierć-do stolika Caroline i Nigel’a. Usiadłam na krzesełku koło Carolin.
-Po co tu przyszłaś?-zapytała oschle
-Jesteś na mnie zła?
-Nie. Oczywiście że nie.
Odetchnełam z ulgą.
-Zła to za mało powiedziane. Jestem wściekła. Zaraz jak czegoś nie rozwale to kogoś zabije.-powiedziała patrząc na miejsce na którym jeszcze przed chwilą siedziałam.
Przcisneła mocno ręce do krzesła,chyba aż za mocno bo zostały wgniecienia.
-Ale..za co?-zapytałam niepewnie
-Ty się jeszcze pytasz za co?-powiedziała niby znudzona-Za to że mi nic nie powiedziałaś. Od kiedy z nim jesteś? On już wie?
-Od...to nie jest ważne. Wie. Ale nie za dużo.
-Świetnie.
-Nie bądź zła. To nie jest twój problem...
-Nie mój problem? Masz racje to jest NASZ problem. Twój,mój i rodziców. Skąd masz pewność że on nikomu nie powie. Skad masz pewność że go nie zabijesz ?!
Potrząsnełam głową i wstałam. Odeszłam do stolika Tom’a. Za chwile zadzwonił dzownek.

***


Tom stał przed szkołą znowu oparty o drzwi. Gdy go zobaczyłam niepewnie pocałowałam go w policzek. Wydawał się być smutny i czymś zamrtwiony.
-Coś sie stało?-zapytałam idąc do auta Tom’a
-Nie.-powiedział oschle
Wbiłam wzrok w ziemie.
-Odwiózłbyś mnie do domu? Caroline chyba już pojechała...-powiedziałam.Niepotrzebnie użyłam tylko słowa „chyba” bo to nie było „chyba” tylko na pewno. Chociaż gdybym chciała mogłabym sama wrócić do domu,biegnąc zajeło by mi to tylko kilka minut jednak być jak najdłużej z nim.
-Ok.
Zapadła cisza na jakąs minute,która mi sie wydawał wiecznością.
-Pojechałbyś w sobote ze mną do Derph?
Derph było to jedno z większych miast w okolicy. Jechało sie tak jakieś 2,może 3 godziny.
-Po co?-zapytał po chwili Thomas nieprzytomnie patrząc przed siebie.
-Nie wiem...Miałam zamiar iść na jakieś małe...zakupy, te sprawy...-powiedziałam marszcząc brwi
-Dobrze.
Doszliśmy do samochodu. Usiadłam na fotelu pasażera.
-Tom prosze powiedz mi o co chodzi.-użyłam mojego daru. Teraz nie mógł się wymigać.
-Chodzi o to że...-opuścił wzrok- ja chyba na ciebie nie zasługuje. To wszystko stało się tak szybko...Tyle o tobie ... marzyłem a teraz to sie spełniło i jest aż za pięknie. To nie jest normalne. Martwi mnie to dlaczego to zrobiłaś...Dlaczego godzisz sie na bycie ze mną i nic na to nie mówisz. I przecież...-zatrzymał się na chwilke-nic o TOBIE nie wiem. Z ledwością zdaje sobie sprawe że jesteś...
-Wampirem.-dokończyłam za niego
-Tak. I właśnie nie wiele o tym wszytskim wiem. Nie wiem o co moge się Ciebie zapytać, a o co nie powinnienem.
-Możesz się pytać o wszystko. Tylko prosze...nie dziś. Musze o tym wszytskim porozmawiać z resztą...Naprawde chciałabym zebyś wiedział, ale nie chce popełnić żadnego błędu.
-Rozumiem...-nie zabrzmiało to wiarygodnie.
Patrzyłam na niego z troską i uczuciem dopóki on nie spojrzał na mnie. Wtedy pocałowałam go. Jednak nie tak jak wcześniej-delikatni i niepwenie-teraz było to wyjatkowo namiętne i czułe. Nagle TO się stało.
-Tom prosze Cie wyjdź stąd na chwilke.-powiedziałam szybko
-Co?
-Wyjdź. Prosze Cie.
I chłopak wyszedł. Musiałam opanować tą cześć mnie która pragneła tylko i wyłącznie jego krwi. Robiłam głebokie wdechy i wydechy. Gdy poczułam się już opanowana otworzyłam drzwiczki dla Tom’a i wszedł do środka lekko zbity z tropu.
-Co to było?-zpaytał
Skryzwiłam twarz z bólu,westchnełam.
-Musiałam się opanować,jeszcze troche i...-schowałam twarz w dłoniah-nie chce żeby to się powtórzyło.Uwierz mi że to nie jest łatwe. Przepraszam.
-Nic się nie stało.-Tom obdarzył mnie jednym z swoich najpiekniejszych uśmiechów.

***


Sobota nadeszła szybko,szybciej niż myślałam. Czas z Tom’em mija mi wyjątkowo prędko ale przyjemnie. Chyba jednak troche za szybko,myślałam siedząc na kanpie. Mimo iż była 5 nad ranem ja bradzo głośno słuchałam muzyki. Nie bałam się że obudze któregoś z domowników, zawsze mieli równie „bezsenne” noce co ja. Ja prawie całą tą noc spędziłam na polowaniu-chciałam mieć pewność że tym razem nie ujawni się moja druga,bardziej mroczna część. Leżałam myśląc przez najbliższe 2 godziny,później uznałam że czas się szykować mimo iż Thomas miał przyjechać po mnie dopiero około 10. Tamten dzień wydawał mi sie wyjątkowo piękny-mimo iż na słońce było za szarymi,niemal czarnymi chmurami i zaczynało padać. Szczęśliwa otworzyłam szafe. Nie mogłam sie zdecydować na żaden z kompletów ubrań jakie przygotowałam przez „dłuższą chwile”. Ostatecznie wybrałam szarą bluze z różwym napisem NIKE na środku i jasne rurki. Z resztą mojego wyglądu nie było większego problemu-tylko lekko rozczesałam włosy,które jak zawsze wyglądały idelanie. Zastanawiwałam się równiez nad jakimś specjalnym makijażem,ale tylko delikatnie obrysowałam oczy kredką. Gdy uznałam że jestem już gotowa włączyłam telewizor. Zniecierpliowan popatrzylam na zegar. O nie dopiero 8:26,pomyślałam,jak ja tyle jeszcze wytrzymam...Zrobiłam naburmuszoną mine i znudzona patrzyłam na telewizor. Co chwile skakałam po kanałach a było ich dosyć sporo wiec znalazłam sobie zajęcie-próbowałam jak najszybciej przełączać kanały tylko że one przełączały sie ciągle z taką samą prędkością i bynamniej nie była to moja wina.Bardzo mnie to denerwowało.
-Głupi pilot...-rzuciłam nim o ziemie. Chyba „troche” za mocno bo roztrzaskał się na kawałeczki.Gniewnie warknełam,ale wstałam i posprzątałam zwłoki uzrądzenia. Zdecydowałam się wyłączyć telewizor i posłuchać muzyki. Czas jak na złość teraz mijał za wolno. Minuty wydawały się być latami. Kilkanaście „lat” później do pokoju weszła Carolin. Nie była już na mnie zła,bo odbyłam tą jedną z poważniejszych rozmów z nią i resztą rodziny i wszytsko się wyjasniło.
-Hej. Co tam?-zagadała
-Hm. Nuda. Rozwaliłam pilota.-popatrzyłan na kosz na śmieci
-Rozumiem..-powiedziąła z lekkim uśmiechem-Wiesz że Matthew wraca w poniedziałek? Hurra!
-Tak?-zapytałam naprawde zdziwona
-Tak,tak,tak,tak...TAAAK! Och, będzie cudownie. Musze mu urządzić jakieś przyjecie powitalne lub coś podobnego. Pomożesz mi, prawda?
-Myśle że tak.
Rozmawiałyśmy beztrosko,jak normlane dziewczyny dopóki nie usłyszałam trąbiącego samochodu.
-To TOM !-krzyknełam,aby się upewnić wyjrzałam przez okno-Tak to ON!
Na pożegnanie przytuliłam Caroline i wybiegałam z domu. Nie musiałam się teraz z niczym przed nim kryć wiec biegłam bardzo szybko. Siedział w swoim błyszczącym Volvo co chwile wygladajac,nawet nie zauważył jak stanełam przy samochodzie. Zapukałam w szybe z szerokim uśmeichem na ustach. Zaskoczony spojrzał na mnie i otworzył mi drzwiczki.
-A ty skąd się tu wziełaś?-zapytał uśmiechnięty
-Przybiegłam.-powiedziałam jak najbardziej poważnie tłumiąc śmiech.
-Naprawde?
-Tak. My,wampiry,biegamy bardzo szybko.
Parsknał śmiechem i ruszliśmy. Przez całą droge nie mówiłam do niego za dużo pod pretekstem:”Nie chce Cie rozpraszać,nie mów do mnie.”. Tylko na niego patrzyłam-to mi wystarczało. Gdy dojechalismy do Derph była już pora lunchu.
-Nie jesteś może głodny?-zapytałam wychodzac z samochodu
-Nie. Jeszcze nie.-odpowiedział z usmiechem
I ruszliśmy do miasta. Chodziliśmy po sklepach trzymając się za ręce,kupiłam tylko troche ubrań. Przez cały czas rozmawiaiśmy,dogadywałam się z nim wyjątkowo łatwo i mieliśmy wiele tematów. Powinnam też dodać że ciągle byłam uśmiechnięta, on także. Później poszliśmy do McDonald’a. Tom zamawiając zapytał sie mnie:
-Ty nic nie zjesz?
-Nie. Nie jestem.. głodna.-powiedziałam i popatrzyłam na niego znacząco
Gdy usiedliśmy przy stoliku a Tom zajadał swojego cheeseburger’a znowu zapytał:
-Naprawde nic nie jesz?
-Tak.Chyba wiesz czym sie żywimy.-powiedziałam z kwaśną miną
-Takk...
-Mogłabym zjeść toi co ty ale..To tak jakby jeść coś czego normalnie nie jesz...Jakbyś miał zjeść...nie wiem...trawe. Nie smaukuje ci tak do końca,ale jednak mógłbyś to zjeść. A tak z ciekawości...jak to smaukje? Tyle lat już nie jadłam takich rzcezy że nawet nie pamiętam...Z resztą w moich czasach czegoś takiego-popatrzyłam na cheeseburger’a-nie było.
-Tego smak? Hmm... Smaczny.-i wziął duży kęs burgera
Parsknełam śmiechem.
-Dziękuje.
-Za co?
-Za to że mnie pocieszyłęś i rozśmieszyłeś.
-Nie ma za co..-powiedział niby zawstydzony.
Gdy wyszlismy było już ciemno. Szliśmy przed siebie rozmawiając. Zatrzymałam się przy markecie,zamkniętym już markcie. Na parkingu były tylko wózki i jeden samochód. Pociągnełam Tom’a za ręke i pobiegliśmy na parking. Nic nie mówiąc wsiadłam do wózka i powiedziałam z uśmiechem:
-Zawsze chciałam to zrobić. Popchnij mnie.-i zachichotałam
Tom popatrzył na mnie nieco zdziwiony moim pomysłem,ale na twarzy miał szeroki uśmiech. To był dobry znak. Po chwili już czułam że za rączke wózka złapał Tom a ja jechałam. Tak,jechałam w wózku na zakupy. Wiatr lekko tragał moje włosy, ciągle głośno się śmialiśmy. Zatrzymaliśmy się przed samochodem,który stał na parkingu. Tuż po tym jak wysiadłam z wózka usiadłam na masce auta. Poklepałam ją dając chłopakowi znak zeby usiadł obok mnie. Siedzieliśmy,a właściwie leżaliśmy na starym samochodziku patrząc na niebo.
-Widzisz-pokazałam na kilka gwiazd-tam jest wielka niedźwiedzica...
Tom popatrzył na gwiazdy.
-Melanie...ja teego nie widze.-powiedział po kilku minutach uważnie patrzac na niebo,z powagą
-Głuptas.-powiedziałam odwracając się na bok,tak aby móc na niego patrzeć.
On zrobił to samo. Leżeliśmy patrząc na siebie. Tom zaczął się do mnie zblizać. Z ustęsknienem czekałam aż zatopi swoje wargi w moich. Gdy już to zrobił poczułam się szczęśliwa jak nigdy. Było to takie czułe,jednak stawało się coraz bardziej namiętne. Chłopak całował tak łapczywie jakbym miała za chwile gdzieś uciec. Jednak ja nie miałam zamiaru tego zrobić.Nie teraz. Nie w tym dniu. Nigdy. Jak chłopak oderwał się ode mnie,a mimo wszystko byliśmy bardzo blisko siebie,stykaliśmy się ciałami,powiedział:
-Melanie o której musisz być w domu?
-Tak ogólnie to nie musze nawet dziś wracać Rodzice nie bedą źli.
-Moi pewnie...A dobra dziś mam ich w dupie. Dziś liczysz sie tylko ty...
Znowu się zaśmiałam.
-Tom...Nie wiem czy wiesz,ale...kocham Cie.
Tak,teraz pierwszy raz wyznałam mu to co do niego czuje. Poczułam się lekko i beztrosko.
-Ja ciebie też.-delikatnie uśmiechnięty jeszcze raz mnie pocałował-Jednak chce żebyś udzieliła mi kilku odpowiedzi...
Na to czekałam. Był to odpowiedni moment-mogłam mu teraz powiedzieć wszytsko.
-Co chcesz wiedzieć?-zapytałam

Może nic nie napisze dziś. ^^. MeLL ;d
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:




O Histrorii

Ukochaj Ją
O Bohaterach

Księga Czytających
Zobacz Wpisy
Wpisz Się

Ulubieni


Znajomi


Music

Archiwum

2009
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (1)

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

brak kategorii (7)
wszystkie (7)



Szablon
Wykonała Scarlet, tylko i wyłącznie dla i-am-vampire.mylog.pl
Don't Copy!